Logowanie
Administratorem Państwa danych osobowych jest Okręgowa Izba Lekarska w Łodzi z siedzibą w Łodzi (93-005) przy ul. Czerwonej 3. Administrator wyznaczył inspektora ochrony danych osobowych, z którym można skontaktować się pod adresem e-mail: iod@oil.lodz.pl
Więcej informacji na temat przetwarzania danych osobowych znajdą Państwo na naszej stronie internetowej w Polityce prywatności.
Rozmawiała Patrycja Proc

Dr Ewa Malenta-Markiewicz z reprezentacją lekarzy dentystów podczas OZL oraz senatorem Krzysztofem Kwiatkowskim – prawnikiem, nie dentystą
„Panaceum” rozmawia z lek. dent. Ewą Malentą-Markiewicz, specjalistką stomatologii ogólnej i zachowawczej, laureatką wyróżnienia Zasłużony Nauczyciel Lekarzy w 2026 roku.
Jaka była droga pani doktor do zawodu lekarza dentysty? Skąd ten wybór?
Już w szkole podstawowej interesowałam się biologią i tematami medycznymi. W liceum poznałam koleżankę o podobnych zainteresowaniach i razem zaczęłyśmy myśleć o studiach medycznych.
Początkowo planowałam iść na kierunek lekarski. Podczas praktyk w szpitalu bardzo spodobała mi się chirurgia, jednak z czasem doszłam do wniosku, że mogłabym nie poradzić sobie psychicznie z najtrudniejszymi przypadkami. Z perspektywy czasu uważam, że wybór stomatologii był dla mnie bardzo dobry. Za pierwszym razem nie dostałam się na Akademię Medyczną, zabrakło mi kilku punktów. To był dla mnie trudny moment, ale postanowiłam dobrze wykorzystać ten czas. Zaczęłam pracę jako pomoc stomatologiczna, co okazało się niezwykle cennym doświadczeniem. Pracowałam pod okiem wspaniałej lekarki, która wprowadziła mnie w podstawy zawodu. Co ciekawe, było to w mojej dawnej szkole podstawowej, dzięki czemu wróciłam tam już w zupełnie nowej roli. Ten okres wspominam bardzo dobrze – mogłam obserwować pracę dentysty i jednocześnie zdobywać praktyczne umiejętności. Nauczyłam się pracy z narzędziami, materiałami oraz zasad asysty, co bardzo pomogło mi później podczas studiów stomatologicznych.
A potem próbowała pani doktor zdawać raz jeszcze?
Oczywiście. Byłam zdeterminowana, żeby spróbować ponownie i lepiej się przygotować. W tamtym czasie mieszkałam jeszcze w Pabianicach, więc dojeżdżałam do Łodzi na kursy przygotowawcze z biologii, fizyki i chemii, nawet kilka razy w tygodniu. Starałam się dobrze wykorzystać ten rok. Oprócz nauki pracowałam jako pomoc stomatologiczna i zrobiłam prawo jazdy. Nie chciałam tracić czasu, dlatego cały czas byłam aktywna. Do egzaminów podeszłam ponownie w lipcu. Tym razem dostałam się na studia i to z dobrym wynikiem. Do końca wakacji pracowałam jeszcze w poradni, a potem pożegnałam się z zespołem i zamknęłam ten etap. Jeszcze przed rozpoczęciem studiów odbyłam obowiązkowe praktyki, m.in. w szpitalu psychiatrycznym. Było to bardzo ciekawe doświadczenie, bo spotkałam tam wielu ludzi o dużej wiedzy, ale jednocześnie zmagających się z poważnymi problemami psychicznymi.
Nadszedł okres studiów….
Po zakończeniu praktyk we wrześniu, 1 października rozpoczęłam studia, bardzo wyczekiwane i dla mnie niezwykle ważne. Droga do ich podjęcia nie była łatwa, dlatego traktowałam je jako ogromne osiągnięcie i nagrodę za wytrwałość. To doświadczenie nauczyło mnie, żeby się nie poddawać. Pamiętam, że przejeżdżając obok rektoratu przy ulicy Kościuszki, patrzyłam na to miejsce z ogromną dumą i poczuciem, że w końcu udało mi się spełnić swoje marzenie. Studia od samego początku były bardzo intensywne, szczególnie od drugiego roku. Zajęcia odbywały się jeszcze w starych budynkach – głównie przy ulicy Pomorskiej, ale także przy Kilińskiego, gdzie mieliśmy m.in. chirurgię, ortodoncję i pedodoncję. W praktyce nasze studenckie życie toczyło się między tymi dwoma miejscami. Nadal mieszkałam w Pabianicach, więc codziennie dojeżdżałam do Łodzi – wyjeżdżałam rano, wracałam wieczorem. Większość czasu zajmowały zajęcia i nauka, głównie w bibliotece przy Kościuszki lub Bibliotece Uniwersyteckiej. Warunki studenckie były wtedy dużo skromniejsze niż dziś. Spotykaliśmy się w niewielkim barze „Piszczelka” przy Collegium Anatomicum na Narutowicza, gdzie można było zjeść coś prostego, najczęściej bigos. Restauracje były poza zasięgiem studenckiego budżetu. Codzienne dojazdy miały też swój urok – w pociągach spotykaliśmy znajomych, nawiązywały się przyjaźnie i rozmowy, które uprzyjemniały ten intensywny czas. Dziś wygląda to zupełnie inaczej. Teraz też często jeżdżę pociągiem i widzę, że ludzie – nawet jeśli siedzą obok siebie i się znają – rzadko rozmawiają. Zamiast tego każdy skupia się na telefonie. Zdarza się nawet, że komunikują się przez wiadomości, siedząc tuż obok siebie. To pokazuje, jak bardzo zmienił się świat i sposób, w jaki budujemy relacje.
Czy od początku kariery zawodowej pracowała pani na uczelni?
Tak. Studia ukończyłam w 1974 roku i jeszcze we wrześniu wzięłam udział w konkursie na asystenta. Od 1 października rozpoczęłam pracę w Instytucie Stomatologii przy ulicy Pomorskiej jako asystent-stażysta. W tamtym czasie stomatolodzy nie odbywali jeszcze stażu – od razu zaczynało się pracę. Od początku związałam się ze stomatologią zachowawczą i pozostałam jej wierna do dziś. Jeśli chodzi o kształcenie, warunki były kiedyś skromniejsze, ale mieliśmy więcej czasu dla pacjentów i na naukę. Już od trzeciego roku przyjmowaliśmy pacjentów, a ogromną rolę odgrywali nasi nauczyciele – wspominam ich jako niezwykle zaangażowanych i pomocnych. Praca i nauka miały też bardziej wspólnotowy charakter. Spędzaliśmy dużo czasu razem, również po zajęciach, omawiając trudne przypadki i ucząc się od siebie nawzajem. Życie było wolniejsze, mniej było pośpiechu i presji.
Dziś wiele się zmieniło – pojawiła się prywatna praktyka, tempo pracy jest znacznie szybsze, a lekarze często łączą kilka miejsc pracy. Kiedyś natomiast większy nacisk kładziono na dydaktykę, rozwój naukowy i współpracę. Teraz każdy ma poczucie, że powinien być najlepszy, a przecież to nieprawda, czasami wystarczy być dobrym w tym co się robi i sumiennie wypełniać swoje obowiązki.
Kto był pani mentorem?
Miałam naprawdę szczęście do wielu wspaniałych nauczycieli, ale moją mentorką była profesor Bolesława Arabska-Przedpełska – wspaniała osoba i wybitny nauczyciel. Była także kierownikiem mojej specjalizacji. Pierwszy stopień specjalizacji ze stomatologii ogólnej uzyskałam w 1977 roku, a drugi – ze stomatologii zachowawczej w 1980 roku. W tamtym czasie nie było jeszcze wyodrębnionej endodoncji, stanowiła ona część stomatologii zachowawczej. Warunki pracy i nauki były zupełnie inne niż dziś – sprzęt był prostszy, a nauka bardziej „manualna”. Pracowaliśmy na podstawowych modelach, używaliśmy amalgamatu przygotowywanego ręcznie, mimo to zdobywaliśmy solidne umiejętności. Z czasem powstał nowy Instytut Stomatologii i Centrum Kliniczno-Dydaktyczne, co było ogromnym krokiem naprzód zarówno pod względem wyposażenia, jak i warunków pracy.
Czy ma pani doktor konkretne rady dla młodych lekarzy u ich progu kariery?
Przede wszystkim, żeby nie brali udziału w wyścigu szczurów, bo to nie przynosi nikomu szczęścia. Teraz najważniejsze są te nieprawdopodobne ambicje, że muszę być najlepszy, najlepsza za wszelką cenę. A to wcale nie na tym polega. Muszę dobrze pracować, mieć ogromną cierpliwość, angażować się w to, co robię, ale nie muszę być zawsze najlepsza. Przecież na początku drogi każdy ma różne zdolności. Tak, jak ja obserwuję, niektórzy moi studenci są fantastyczni już nawet na drugim roku. Na fantomach wykazują takie ogromne zdolności manualne, że ja myślę sobie, no to jak dojdą do tego piątego roku, to już naprawdę można spokojnie usiąść u nich na fotelu dentystycznym. Ale nie zawsze przecież tak jest. Także myślę, że na spokojnie można czerpać wiedzę i podpatrywać swoich nauczycieli, brać od nich to, co najlepsze i cierpliwie ciągle się doskonalić, pamiętając o wyjątkowości tego zawodu. Bardzo często nie zdejmuje się po prostu fartucha i nie zostawia wszystkich problemów w szpitalu, tylko się z tymi problemami nieraz wraca do domu i jeszcze się rozmyśla, dlaczego tak, a nie inaczej, a może należałoby jeszcze coś innego zrobić.
Jakim warto być lekarzem i człowiekiem, żeby zostać uhonorowanym wyróżnieniem Zasłużony Nauczyciel Lekarzy?
Przyznanie mi tego wyróżnienia zupełnie mnie zaskoczyło, bo nigdy nie przypuszczałam, że taką nagrodę otrzymam. Po prostu wykonywałam swoją pracę. Nie lubię rozgłosu, lubię cichutko, spokojnie sobie pracować, a tutaj się dowiaduję, że dostaję coś tak fantastycznego, że moje koleżanki, moi koledzy zauważyli mnie, zauważyli moją pracę i jakąś taką troskę o nich. Może też w pewnym sensie – bo tak, jak się nauczyłam od moich mistrzów – chciałam jak najwięcej przekazać im nie tylko umiejętności rzemiosła stomatologicznego, ale również umiejętności nawiązywania kontaktu z pacjentem. Mieć dla naszych pacjentów cierpliwość, poświęcić czas na rozmowę, również na tematy pozastomatologiczne, bo wiele osób oczekuje, żeby ktoś ich wysłuchał. Chociaż nieraz i te sprawy ogólne, i te niestomatologiczne mają wpływ na stomatologię. Wiemy, jak emocje, jak stres działają na wszystkie części naszego ciała.
Przyznane mi wyróżnienie jest bardzo miłe i dla mnie to ogromny zaszczyt znaleźć się w tak szacownym gronie, wśród innych lekarzy z ogromnym doświadczeniem w trudnych specjalnościach. Czuję się naprawdę doceniona.
Wzruszyło mnie jeszcze tyle ciepłych słów ze strony moich koleżanek i kolegów. Naprawdę nigdy się nie spodziewałam tak wspaniałego wyróżnienia.
Dziękuje za rozmowę.