Logowanie
Administratorem Państwa danych osobowych jest Okręgowa Izba Lekarska w Łodzi z siedzibą w Łodzi (93-005) przy ul. Czerwonej 3. Administrator wyznaczył inspektora ochrony danych osobowych, z którym można skontaktować się pod adresem e-mail: iod@oil.lodz.pl
Więcej informacji na temat przetwarzania danych osobowych znajdą Państwo na naszej stronie internetowej w Polityce prywatności.
Rozmawiała Agnieszka Danowska-Tomczyk

ilustracja: Nika Jaworowska
Walentynki to dobry moment, by porozmawiać o tym, jak wspierać dzieci w ich pierwszych miłościach. O tym, dlaczego nie warto zawstydzać, umniejszać uczuć ani zakazywać relacji oraz jak mądrze towarzyszyć dziecku w emocjach i konfliktach, mówi Aleksandra Dulas* – socjolożka, terapeutka i edukatorka seksualna, prowadząca w naszej izbie warsztaty edukacji seksualnej dla młodzieży.
Mamy luty, miesiąc zakochanych. Jak powinniśmy rozmawiać z dziećmi o ich pierwszych miłościach? Coś czuję, że słynne „kiedy przyprowadzisz kawalera” to nie jest najlepszy pomysł…
Oj, zdecydowanie nie (śmiech). Przestrzegam też przed wszystkimi zawstydzającymi hasłami typu: „o, ale ci piersi urosły” albo „ooo, wąs się sypie”. Myślę, że łatwo to wytłumaczyć, mówiąc, że rozmów na tematy intymne nie należy zaczynać od siebie – by zaspokoić swoją ciekawość albo odhaczyć swoje zadanie: porozmawiać na trudne tematy. Nie należy też nachalnie nagabywać na rozmowę, bo jedyne co osiągniemy, to zamknięcie.
Jak zatem powinien być skonstruowany komunikat wspierający?
Wcale nie zaczynajmy od „czy się zakochałeś/aś?”. Podstawą powinna być rozmowa o tym, po co są relacje, co jest w nich ważne, jak je budować. Niestety to wymaga autorefleksji od dorosłego, a w codziennym pędzie nie zawsze mamy czas, by się nad tym pochylić. Warto też pamiętać, że dzieci generalnie uczą się poprzez naśladowanie i obserwacje dorosłych. Więc dobrze mieć „z tyłu głowy”, że to nasza partnerska relacja – to, jak ją budujemy, jak rozwiązujemy spory itp. – w jakimś stopniu będzie wzorem dla dziecka. Jeśli my umiemy rozmawiać ze sobą, będzie nam łatwiej rozmawiać z dzieckiem.
I teraz zaczynają się schody – co może zrobić rodzic samodzielnie wychowujący dziecko?
Dobrze jest mówić dziecku: „To, że nam nie wyszło, nie oznacza, że nikomu nie wychodzi. Warto walczyć o dobre relacje”. Można też podkreślić, że nie wszystkie wybory czy decyzje są zawsze dobre na całe życie – czego wynikiem jest np. rozwód, ale nie oznacza to, że nie warto próbować zawierać kolejne związki. Warto pokazywać też dziecku, że rozstanie to nie koniec świata i życie toczy się dalej, chociaż jest to trudne przeżycie. Takie doświadczenie, że rodzic przeżył coś trudnego, ale podnosi się i żyje w nowej sytuacji, jest też wspierające dla podobnych doświadczeń młodego człowieka. Bo przecież różnego typu straty są immanentną częścią naszego życia.
O czym jeszcze powinniśmy pamiętać rozmawiając z dziećmi o miłości?
Myślałam, że te czasy już minęły, ale od uczestników szkoleń i warsztatów nadal słyszę historie, takie jak ta: dziewczynce w szkole chłopiec siedząc za nią obciął kawałek włosów. Ona od dorosłych usłyszała: „O, to takie końskie zaloty”, on – nie poniósł konsekwencji. Tymczasem dla dobra obojga tych dzieci potrzebna jest reakcja dorosłych: ona musi wiedzieć, że nie ma zgody na przemoc i ktoś jej broni. On – że w dorosłym życiu za czyny wbrew drugiej osobie ponosi się konsekwencje.
Od razu zapala mi się czerwona lampka – dziś dużo mówi się o „helikopterowych rodzicach”, którzy jak te helikoptery patrolujące miasto kontrolują swoje dzieci i wkraczają w każdy obszar, uniemożliwiając dzieciom trening umiejętności społecznych i chroniąc je przed sytuacjami stresującymi. Wielu psychologów już dziś mówi, że to niewłaściwa droga. Czy można zatem określić jakąś granicę między momentem, kiedy dziecko potrzebuje ingerencji dorosłego, a kiedy rzeczywiście powinno uporać się z jakimś rówieśniczym sporem samodzielnie?
Granica między wspieraniem a nadmierną ingerencją nie przebiega między „brakiem reakcji” a „reakcją”, lecz między towarzyszeniem a wyręczaniem dziecka. Konflikty rówieśnicze, o ile nie wiążą się z przemocą, długotrwałym wykluczeniem ani wyraźnym pogorszeniem funkcjonowania dziecka, pełnią istotną funkcję rozwojową i nie wymagają interwencji dorosłych. W takich sytuacjach kluczowe jest pomaganie dziecku w mentalizacji doświadczenia – rozumieniu emocji, intencji i możliwych konsekwencji działań – zamiast przejmowania kontroli. Interwencja jest natomiast uzasadniona wtedy, gdy dochodzi do naruszenia bezpieczeństwa psychicznego lub fizycznego dziecka, utrwalenia nierównowagi sił albo gdy dziecko sygnalizuje bezradność i prosi o pomoc. Stała dostępność dorosłego, przy jednoczesnym nieodbieraniu dziecku sprawczości, stanowi podstawę bezpiecznego rozwoju kompetencji społecznych. To, co jest podstawą dobrej relacji rodzinnej, to poczucie u dziecka, że może na nas liczyć w każdej sytuacji.
Nawet jak srogo nawywija?
Wtedy nawet bardziej! Oczywiście nie mam na myśli głaskania po głowie, mówienia, że nic się nie stało albo podważania winy, czy roli dziecka w przewinieniu. Warto też przyjrzeć się swoim reakcjom na taką sytuację. I powtórzę: to też jest ten moment, by pokazać dziecku relacje: możemy się pokłócić, posprzeczać, ale nie zrywamy relacji. Nie obrażajmy się na dzieci, nie karzmy ich ciszą – bo to ma swoje przykre konsekwencje w dorosłym życiu. Wiem, że panowanie nad sobą jest trudne – kto nie mieszka lub nie mieszkał z nastolatkiem, ten nie wie, ale myślę, że większość rodziców dorastających dzieci ma czasem ochotę wyjść i trzasnąć drzwiami. Ale w takiej chwili można powiedzieć: „jestem wściekła na ciebie, muszę na chwilę zamknąć się sama w łazience, ochłonąć, a jak wrócę, to będziemy kontynuować.”
I co dalej?
Można zaparzyć herbatę, usiąść i rozmawiać. Ważnym pytaniem jest: „co możemy teraz zrobić?”. Ono jest dobre w wielu okolicznościach.
Wróćmy stricte do miłości. Nasze dziecko przyprowadza swoją pierwszą miłość do domu – co my na to?
Bez względu, co myślimy, absolutnie nie wolno nam skrytykować chłopaka lub dziewczyny naszego dziecka. Nawet jeśli mamy jakieś „ale”, to spokojnie przyglądajmy się rozwojowi sytuacji, nie oceniajmy pochopnie. W konfrontacji: rodzic–pierwsza dziewczyna lub chłopak, jesteśmy na straconej pozycji. Bardzo ważne jest też, by nie bagatelizować uczuć, nie podważać ich, nie umniejszać.
Ale jeśli widzimy, że rzeczywiście ta druga osoba ciągnie nasze dziecko w dół?
Ech, chodzi o tzw. zły wpływ? Jeśli dziecko jest podatne na wpływ rówieśników, to niestety musimy się liczyć, że nie będzie to spokojny czas w życiu rodziny. W okresie dojrzewania wszyscy mają skłonność do ryzykownych zachowań, a grupa jeszcze to indukuje. Ale pamiętajmy – najgorsze, co możemy zrobić to zabronić kontaktów. Za to - znów – warto rozmawiać. Mówić: „robicie niebezpieczne rzeczy” – uświadamiać konsekwencje prawne i zdrowotne. I nie mówić, że to przez partnera czy partnerkę, bo przecież robią to razem.
A może dobrym pomysłem jest poznanie rodziców pierwszej miłości dziecka?
Z jednej strony na pewno tak. Poza tym to często ich znamy, bo to są dzieci z klasy, z osiedla. I na pewno jest dobrze poznać się i wiedzieć, co się dzieje, ale też musimy być gotowi na scenariusz, że druga strona nie będzie chciała współpracować. Będzie sytuację widziała inaczej niż my.
"Bez względu, co myślimy, absolutnie nie wolno nam skrytykować chłopaka lub dziewczyny naszego dziecka. Nawet jeśli mamy jakieś „ale”, to spokojnie przyglądajmy się rozwojowi sytuacji, nie oceniajmy pochopnie".
A zawód miłosny? Ostatnio koleżanka opowiadała mi, że jej syn zrezygnował z balu ósmych klas, bo jego „crush” odmówiła pójścia z nim… Jak wspierać dziecko w takich emocjach?
Znów powiem: nie podważać, nie umniejszać. Pod żadnym pozorem nie mówić: „oj tam, takie młodzieńcze drobnostki”. Bo dla tego młodego człowieka to naprawdę może być koniec świata. Ale rozmawiać, żeby ten zawód nie spowodował większych strat. Ba, może być dobrym, radosnym doświadczeniem. Próbować przekonać, pokazać inny punkt widzenia tej sytuacji, ale nie zmuszać.
Coś nas się trzymają te stare powiedzonka, bo chciałam zapytać, jak prawidłowo dziś powiedzieć: „tego kwiatu jest pół światu” – coś, co słyszeliśmy my, w naszym pokoleniu.
Można to zrobić nieco nowocześniej, to fakt (śmiech). „Fajnie, że wchodzisz w relacje, ale może to nie jest jeszcze ta osoba”, „Rozglądaj się, bo czasem warto poszukać dłużej”, a nie wierzyć w jedną romantyczną relację jak z bajki… Ale jednocześnie nie umniejszać tej miłości.
Wspomniała pani na początku, że dzieci podpatrują relacje rodziców. Sama znam wiele szczęśliwych par, które są ze sobą od liceum i była to pierwsza i jedyna miłość. Znam też przykład młodego człowieka, który po rozstaniu z pierwszą dziewczyną zwątpił, że uda mu się ułożyć życie, bo uważał, że jedyny słuszny model to pierwsza miłość, jak u jego rodziców…
Tu możemy użyć argumentu, że z tą licealną miłością nie jest wcale tak łatwo i prosto. Życie to kamienie milowe i coś, co sprawdzało się w wieku 16–17 lat, niekoniecznie sprawdzi się w wieku 30. lat. Mam tu na myśli, np. podejście do wykształcenia i kariery, chęć założenia rodziny, styl życia itp. Dużo par rozchodzi się pod koniec studiów, bo zmieniają się priorytety – na przykład jedne osoby chcą się ustatkować, inne – jeszcze poszaleć.
Co jeszcze możemy robić, by wzmocnić relację z dzieckiem i szczerze towarzyszyć mu w dojrzewaniu?
Nie chcę się powtarzać po raz kolejny, że ważna jest rozmowa… Ale jest i to bardzo. Z mniej oczywistych rad, to naprawdę zachęcam, by znać przyjaciół naszych dzieci. Pozwólmy im zapraszać rówieśników do domu, na nocowanki, również spontanicznie. Najlepiej, gdy spotkania dzieją się naturalnie i bez nadmiernej kontroli. Dzięki temu możemy dyskretnie zobaczyć, jak dziecko funkcjonuje w relacjach rówieśniczych, a jednocześnie tworzymy przestrzeń do bardziej otwartych rozmów. Dziecku łatwiej mówić o swoim życiu, kiedy ma poczucie, że dorosły zna kontekst i osoby, o których mowa. Nie musi nam tłumaczyć, że „Julek to ten niewysoki blondyn z zielonym plecakiem”, bo my znamy Julka i chętniej wysłuchamy historii o nim. To proste rzeczy, ale właśnie one budują zaufanie, szczególnie w okresie dojrzewania.
Właśnie zakończyła pani kolejny sezon warsztatów edukacji seksualnej organizowanych przez Koło Matek Lekarek w łódzkiej OIL. Czy te zajęcia różniły się od tych, które pani prowadzi w innych miejscach?
To, co zaobserwowałam, to na pewno sytuacja, że dzieci lekarskie częściej zgłaszają, że ich rodzice mają mało czasu. Mam też wrażenie, że częściej słyszałam, że młodzi ludzie są obciążeni zajęciami dodatkowymi. Jeśli zaś chodzi o stan wiedzy, to o dziwo, ogólnie nie zauważyłam takiej tendencji, by dzieci lekarskie były bardziej oswojone z ciałem, z emocjami. Wyjątkiem są dzieci ginekologów albo nawet wnuki. To wtedy tak.
Mam też takie przemyślenia, że jednak środowisko lekarskie jest dość konserwatywne, mam tu na myśli na przykład silną kontrolę nad dzieckiem, duży nacisk na naukę, mniej na rozmowy i emocje. Zdaję sobie sprawę, dlaczego tak jest, ale warto podkreślić, że dzieci to zgłaszają.
Czy planowane są kolejne edycje?
Przed wakacjami już nie, a co będzie dalej? Zachęcam do obserwowania mediów Izby Lekarskiej oraz oczywiście szukać newsów w społeczności Matek Lekarek.
Dziękuję za rozmowę.
*Aleksandra Dulas – socjolożka, edukatorka seksualna, terapeutka. Jest autorką i współautorką programów oraz projektów edukacyjnych, w tym działań z obszaru edukacji seksualnej młodzieży, a także szkoleń wspierających nauczycieli w pracy z uczniami o zróżnicowanych potrzebach.
Jest związana z działalnością społeczną i pozarządową – m.in. jako prezeska Fundacji Nowoczesnej Edukacji SPUNK oraz osoba aktywna w inicjatywach edukacyjnych i równościowych. Wypowiadała się publicznie w mediach na temat roli edukacji seksualnej i potrzeb młodych osób w szkole.
Panaceum 2/2026