Logowanie
Administratorem Państwa danych osobowych jest Okręgowa Izba Lekarska w Łodzi z siedzibą w Łodzi (93-005) przy ul. Czerwonej 3. Administrator wyznaczył inspektora ochrony danych osobowych, z którym można skontaktować się pod adresem e-mail: iod@oil.lodz.pl
Więcej informacji na temat przetwarzania danych osobowych znajdą Państwo na naszej stronie internetowej w Polityce prywatności.
Agnieszka Danowska-Tomczyk, Patrycja Proc
Jak połączyć organizację dużej rodziny z tak wymagającą pracą, jaką wykonują lekarki? O dyżurach, domowej logistyce, odpuszczaniu i „własnej wiosce” opowiadają dwie superbohaterki.

Agnieszka Machlańska z rodziną podczas wspólnych wakacji
Fot. archiwum prywatne
Agnieszka Machlańska, specjalistka neurologii, od połowy marca pełni funkcję dyrektorki Instytutu Ekspertyz Medycznych, a żeby dobrze wykonywać te obowiązki, czuje, że musi być czynnym praktykiem – pracuje więc w poradni, szpitalu, w Komisji Wojskowej i prowadzi prywatną praktykę. Do tego wychowuje czwórkę dzieci, a niekiedy piątkę – gdy do „drużyny” dołącza córka jej partnera z poprzedniego związku. Czy ma sekretny sposób na wydłużenie doby? – Nie, ale też trzeba pamiętać, że dwoje starszych dzieci jest już samodzielnych – syn zaczął studia i niedawno się wyprowadził, córka jest w liceum i sama się przemieszcza, pilnuje swoich obowiązków, jest znakomicie zorganizowana. Więcej bezpośredniego zaangażowania wymagają maluchy – 6 i 7 lat, choć to nie oznacza że nastolatki nie potrzebują uwagi i wsparcia – wyjaśnia Agnieszka.
Jaki jest przepis, by opanować dużą rodzinę? – Jest kilka zasad, których się trzymam. Zacznijmy od spraw zawodowych: nie pracuję popołudniami i w weekendy. Owszem, dyżuruję, również w święta, bo po prostu czuję obowiązek koleżeński. Jednak na co dzień po godzinie piętnastej staram się być dla rodziny. Wracając z pracy, nie jadę do przedszkola, tylko do domu, chwilę odsapnę, zjem i po podładowaniu baterii jadę po dzieci. Wychodzę z założenia, że mniejszą szkodą jest odebrać dzieci później niż bycie wściekłą, złą i zmęczoną. Drugim „life hackiem” jest nauka odpuszczania. Nie walczę z wiatrakami: o porządek w pokoju nastolatka, moje dzieci wiedzą, że na szkolne pikniki mają się zawsze wpisać na soki i owoce (śmiech), bo nie upiekę finezyjnych babeczek. Na koniec nic by się nie udało bez wsparcia ojca dzieci – on oczywiście też pracuje, ale do dentysty w środku dnia on zabiera dzieci, szczególnie, że nie mamy wsparcia dziadków na miejscu – podsumowuje Agnieszka.
A co z zajęciami dodatkowymi? Matki same przyznają, że czują się jak na drugim etacie taksówkarek. – Młodsze dzieci mają tylko basen i tańce, a czas dojazdu traktujemy jako dobrą okazję do rozmów. Pozostałe zajęcia staram się organizować w taki sposób, by do nas przychodzili nauczyciele. Mamy na przykład konsultacje z logopedą z dojazdem. To ogromna wygoda – tłumaczy supermama.
Wakacje to wspaniałe rodzinne chwile: – Czasem, gdy jedziemy w konfiguracji dwa plus pięć, wypożyczamy większe auto i ruszamy w trasę. Gdy jedziemy pełnym składem, staramy się wybierać miejsca, w których wszyscy dobrze się czują, bo dzieci wiedzą, że to jest NASZ czas. Zdarza nam się, że na przykład zabieram starszaki na city break i chodzimy po muzeach, gdzie maluchy by się nudziły. Ze starszymi dziećmi byłam też w dalszych miejscach, m.in. w Indiach i takie wyjazdy to czas tylko dla nas.
Agnieszka ma kilka rad dla innych mam, również tych młodszych stażem: – Na pewno chciałabym podkreślić, że TO – i tu wpisz cokolwiek, z czym się obecnie zmagasz – mija. Dzieci wyrastają z różnych etapów. Pamiętajmy, że mamy różne potrzeby i nasze dzieci również mają różne potrzeby. Mnie na przykład bardzo pomagało, że mogłam trochę pracować na urlopie macierzyńskim. Wychodziłam do dorosłych i dawało mi to energię do zajmowania się dziećmi. Mam porównanie, jak było dwadzieścia lat temu, gdy urlop trwał dużo krócej i zmuszał matki do szybkiego powrotu do pracy od razu na pełen etat.
Oczywiście mamy, które chcą być z dziećmi jak najdłużej, podejmują dla siebie najlepszą decyzję i myślę, że to jest piękne. Macierzyństwo to nie są zawody, a szczęście to spełnienie. Pamiętam, jak w młodości rozmawiałam z mamą i martwiłam się, jak pogodzę swoje dwa marzenia: o byciu lekarką i o posiadaniu czwórki dzieci. Mama uśmiechnęła się i powiedziała, że na pewno dam sobie radę. I miała rację – podsumowuje Agnieszka Machlańska.
Nie chodzi o perfekcję, tylko o dobrą logistykę
Podobnie o dużej rodzinie myślała Małgorzata Modrzejewska, lekarka dentystka i mama czwórki dzieci. Jej mąż jest lekarzem, więc oboje pracują dużo i ciężko. Jednak już na etapie narzeczeńskich rozmów oboje wiedzieli, że chcą mieć dużą rodzinę. – Właściwie obydwoje od samego początku mówiliśmy o czwórce dzieci i szczęśliwie się tak stało – mówi mama Zuzi, Helenki, Klary i Henia. Jej dzieci mają od 2,5 do 9 lat, więc w domu jest gwarnie, a dzieci bawią się razem, ale są oczywiście też wyzwania: – Po pierwsze: chaos w domu. Nie jestem w stanie uporządkować przestrzeni, bo kiedy sprzątam jedno pomieszczenie, nasze maluchy w tym czasie robią bałagan w trzech kolejnych. Czwórka dzieci to też poczwórne prezenty na każdą okazję. Kiedy mieliśmy dwie córki, prosiłam gości, żeby zamiast słodyczy przynosili drobną zabawkę. Dziś modlę się, żeby dzieci dostały coś słodkiego i szybko to zjadły, zamiast kolejnej rzeczy, która zasili domowy chaos – śmieje się Małgorzata. I dodaje: – Moglibyśmy mieć sklep obuwniczy... Buty na zmianę do placówek, na podwórko, na eleganckie wyjścia, na co dzień, sandałki, klapki, zimowe… Dzieciom stopy rosną w zatrważającym tempie, a nie zawsze „dziedziczą” rozmiary po sobie. Po trzecie: pakowanie na wakacje. Dzieci są jeszcze za małe, żeby zrobić to samodzielnie, więc większość jest na mojej głowie. Nawet z listą to dla mnie najbardziej znienawidzona czynność. Na dziesięciodniowy wyjazd muszę przygotować dla całej rodziny minimum sześćdziesiąt par skarpetek i sześćdziesiąt par majtek. Śmieję się, że na samą bieliznę potrzebuję osobnej walizki – wyjaśnia supermama.
Jak przy tak intensywnej codzienności pogodzić pracę stomatolożki z wymaganiami dużej rodziny? Małgorzata przyznaje, że dużym ułatwieniem jest praca w ramach własnej działalności gospodarczej, bo pozwala elastyczniej dopasowywać liczbę godzin do potrzeb domu.
– Mogłam wrócić do gabinetu także dlatego, że mój mąż ograniczył trochę swoją pracę. Ale największą pomoc otrzymujemy od moich rodziców. Bez ich obecności cała logistyka po prostu by się nie udała – za to wszystko jesteśmy dziadkom ogromnie wdzięczni – mówi.
Jak dodaje, przy czwórce dzieci codzienność składa się nie tylko z obowiązków, ale też z wielu ważnych momentów, w których rodzice chcą uczestniczyć.
– Czwórka dzieci to cztery razy więcej uroczystości, występów, wyjazdów organizowanych w szkole i przedszkolu. Chcemy być obecni w ich życiu, dlatego często rezygnujemy z siebie. To chyba jedno z największych wyzwań dużej rodziny – przyznaje Małgorzata.
Co poradziłaby innym matkom lekarkom, które myślą o dużej rodzinie? – Warto szczerze zastanowić się, w jakim stopniu jesteśmy gotowe dostosować swoje życie do dzieci i potrzeb dużej rodziny, a także ile możemy poświęcić ze swoich spraw. Ale równie ważne jest to, żeby nie pielęgnować w sobie wyrzutów sumienia, kiedy czasem wybieramy siebie. Trzeba też odważyć się prosić o pomoc, kiedy nie dajemy rady. Dobrze mieć swoją „wioskę” – blisko zaufane osoby, które będą gotowe wesprzeć nas w nagłej potrzebie – podsumowuje Małgorzata Modrzejewska.
Panaceum 5/2026